* Drugi rozdział. Od razu mówię, że nie miałam siły sprawdzić błędów ( teraz też mi się nie chce) Więc, jak na jakiś natraficie będzie to jak najbardziej normalne i prawdopodobne*
Na
gałęzi ponad nią siedział oparty o pień chłopak. Nie widziała jego twarzy ani
ubrań, zauważyła tylko prześwitujący kawałek fioletowego materiału. Gdy lekko
się uspokoiła po tym jakże małym „ zawale” zdobyła się na odwagę żeby coś do
niego powiedzieć.
- Skoro to jest zakaz numer jeden to dlaczego ma niby nie dotyczyć także ciebie
? - zapytała unosząc lekko głowę. Nie było to najmądrzejsze pytanie jakie mogła
zadać w tej sytuacji, ale było jedynym, które przyszło jej w tym momencie do
głowy. Szukała wzrokiem jakiegoś fragmentu jego ubrania albo czegoś co
zdradziło by jego pozycje. W odpowiedzi usłyszała tylko sarkastyczny śmiech.
- Niech zgadnę.. jesteś z innego obozu, prawda?
- Skąd te przypuszczenia? Nic o mnie nie wiesz.. – odwarknęła pewna siebie.
- Czyżby? – zapytał. A ona mogła się założyć, że uniósł brwi w teatralnym
geście. – Jesteś z innego obozu więc jesteś prawdopodobnie greczynką. –
Ostatnie słowo wypowiedział nie kryjąc urazy. Nawet się nie postarał żeby
zabrzmiało to przyjaźnie. Ton, którym to powiedział mógł równocześnie świadczyć
o tym, że właśnie zamordowała mu brata albo spaliła dom. – Jesteś wyrocznią –
ciągnął. – Nazywasz się Rachel Elizabeth Dare… masz może z 16 lat i jesteś z
okolic Manhattanu. Kontynuować ? – zapytał. Zapewne z satysfakcją.
- Lepiej się ukryj. – dodał już milej. Rachel nie miała pojęcia o czym mówi
dopóki nie zauważyła trójki legionistów patrolujących teren. Usłyszała szum
skrzydeł nad głową i instynktownie przywarła do pnia.
- Patrol nocny. – wytłumaczył chłopak, jakby to była najzwyklejsza rzecz w
świecie.
- Mogę wejść na to hm… drzewo? – czuła się trochę dziwnie pytając o taką rzecz
ale miała dziwne wrażenie, że jakby tego nie zrobiła szybko by się z powrotem
znalazła na ziemi. Zapewne ze złamaną ręką. Nie usłyszała odpowiedzi. Może
dlatego, że jej nie było. Patrol się coraz szybciej zbliżał.
- Mogę wejść na to drzewo ? Oktavianie ? – zapytała śmielej akcentując jego
imię. Zauważyła jak drgnął usłyszawszy ostatnie słowo. Znowu cisza. Po chwili z
korony wysunęła się niepewnie jego blada dłoń.
- Tylko szybko. – cicho rozkazał. Chwyciła go za rękę i wspięła się po drzewie.
Po chwili siedziała na gałęzi oddalonej o ok. 1,5 metra od niego. Tkwili chwilę
w milczeniu czekając aż legioniści przejdą.
- Nie przyzwyczajaj się. To, że ci pomogłem to był wyjątek. – odpowiedział
chłodno. Spojrzała na niego nieśmiało. Jego blada skóra w świetle księżyca
miała odcień kartki papieru. Siedział z jedną nogą podkurczoną pod siebie i
patrzył gdzieś w dal. Sprawiał wrażenie nieobecnego. Zapewne już zapomniał, że
koło niego siedzi.
- Czy ty w ogóle śpisz ? – zapytała, powoli tracąc pewność siebie. Ale zamiast
odpowiedzi spotkało ją ironicznie pokręcenie głową. Zawiodła się. Siedzieli w
ciszy przez kilka minut patrząc na gwiazdy. Przynajmniej ona patrzyła. Oktavian
był chyba zajęty dokładnym obserwowaniem swoich butów. W końcu zdobyła się na
odwagę i zadała dręczące ją pytanie.
- Dlaczego mnie tak nienawidzisz ? Dlaczego tak bardzo nienawidzisz Greków ?
Nie spodziewała się, że odpowie.
- A to są już dwa różne pytania. – odparł patrząc na nią. Przeszedł ją dreszcz.
- Po pierwsze nie mówiłem, że cię nienawidzę. – uśmiechnął się niepewnie. Po
chwili kontynuował.
- Jedynym powodem dlaczego budzisz we mnie mieszane uczucia, jest to, że jesteś
greczynką.
- Mieszane uczucia?
Ale on jakby nie zwrócił uwagi na jej pytanie i mówił dalej.
- Moje nienawiść do Greków, jest chyba oczywista. Wojny, bitwy grecko-rzymskie.
Przelew krwi i odmienne style życia. Inne style walki. Inne poglądy, tradycje.
Obawiałem się ich. Obawiałem się kolejnych ataków. Byłem zbyt nieufny. To
prawda.. Zaatakowałem wasz obóz, ale wiesz dlaczego ? Chciałem ich chronić – to
mówiąc skinął głową w stronę obozu. Chociażby kosztem innych. Musiałem ich
chronić, są moją jedyną rodziną.. Wiem, to było samolubne. Tak, popełniam błędy,
ale myślisz że, się im do tego przyznam ? Wyśmialiby mnie. Uznali za tchórza, zdrajcę.
- To dlaczego ja wiem? – zapytała.
- Bo
to jest rekompensata za atak na wasz obóz. Myślę, że jestem wam winny chociażby
wytłumaczenie… - wyjąkał, a ona zobaczyła jak trudności sprawiło mu to
wyznanie. W świetle księżyca był uroczy. To nie był już ten sam Oktavian o
którym tyle słyszała, ten straszny manipulujący ludźmi rzymianin. Może wojna i
jego własne błędy go zmieniły? A może zachowywał się tak tylko w jej obecności
? Ten strach, rozpacz i potrzeba ratunku, te uczucia które tak dobrze znała,
chociażby z własnego doświadczenia.. Te, które kiedyś ujrzała w jego oczach,
znalazły drogę na zewnątrz i wylały się strumieniami. Uniosła głowę i zrobiła
coś co samą ją zdziwiło.
- Nic się nie stało. Każdy popełnia błędy, ale jeżeli masz na tyle odwagi aby
się do nich przyznać to co innego. – powiedziała. Spojrzała na księżyc. Co ona
plecie? Nic się nie stało ? Tak, pewnie tylko zaatakował jej obóz, jej dom i
skazał jej przyjaciół na niebezpieczeństwo. Nic się nie stało. W ogóle. Ale w
głębi serca jakoś czuła, że właśnie to powinna powiedzieć. Próbował naprawić
swoje błędy. Stał się inny. Ale jednocześnie zaatakował obóz.. Jej wewnętrzne
ja kłóciło się samo ze sobą.
- Ale wiesz.. To, że Leo zbombardował Nowy Rzym też nie było jakoś
pocieszające.. – Powiedział i cicho się zaśmiał. Pierwszy raz słyszała jego
szczery śmiech. Był taki.. czysty, prawdziwy. Oktavian zeskoczył zgrabnie z
drzewa i wylądował pod gałęzią na której siedział. Widziała go teraz dokładnie.
W świetle księżyca wydawał się jeszcze bardziej tajemniczy. Jego włosy przybrały
teraz barwę o pół tonu jaśniejszą niż wcześniej. Były prawie że białe. A
dokładniej biało-złote. Wsadził niezgrabnie ręce do kieszeni. Odwrócił głowę w
jej kierunku. Mimo, że siedziała między gałęziami, tak że była prawie niewidoczna
z ziemi wydawało jej się , że patrzy jej idealnie w oczy.
- Do zobaczenia, Rachel Elizabeth Dare – powiedział i lekko się uśmiechnął. Tym
razem w jego głosie nie było słychać aż tak wielkiej odrazy, a przynajmniej nie aż tak
wyraźnej. Powoli ruszył do przodu. Patrzyła do niego dopóki nie doszedł do
pierwszego pawilonu.
- Do widzenia, Oktavianie. – cicho powiedziała. Zesztywniał. Miała dziwne
wrażenie, że się lekko uśmiechnął. Siedziała w miejscy dopóki nie zniknął
między domkami. Zeskoczyła, a raczej zsunęła się i ruszyła w stronę swojego
pokoju.
Super rozdział. Co z tego że już to czytałam. Za każdym razem jest to przyjemnością :D pisz dalej bo czekam. Weny!! 😀
OdpowiedzUsuń~Ateniątko
UsuńA www w *-*
OdpowiedzUsuńJa chcę więcej.
Jak dla mnie genialne.
Tylko pamiętaj co mi obierałaś.
Życzę weny i ja chcę więcej rozdziałów.
Uwielbiam, uwielbiam i jeszcze raz uwielbiam to opowiadanie! Szybko dawaj mi tu następny rozdział!
OdpowiedzUsuń